mar 19

Gdy opisałem, jak to nie mogę oglądać meczy polskiej reprezentacji poprzez internet, bo serwer rozpoznaje, żem podłączon nie z Ojczyzny mojej, to zaraz ktoś zrobił uwagę o ochronie obcych praw autorskim oraz mej z nimi przygody. Tymczasem kolejna próba, tym razem obejrzenia jakiegoś (chyba) serialu z panem Małaszyńskim w roli głównej ujawniła, że nawet krajowe IP nie chce być eksportowane za ocean:

A więc niezależnie od tzw. konsultacji społecznych mamy już cenzurę – geograficzną. To tyle na temat ch… zabiegów rządu w dziedzinie PR oraz podobnych zabiegów dostawców internetu w dziedzinie rozpowszechniania polskich utworów. O cenzurze hazardowej nie wspominam, bo odbędzie się kolejny panel dyskusyjny pod wezwaniem Jarka Lipszyca. Ciekawy jestem, jak to teraz skomentuje VaGla, bo na razie tylko zauważył, że rząd zrobił dyskutantów w tzw. konia. A może wszyscyśmy się zrobili?!

Kto mnie oświeci, kim jest Paweł Małaszyński i czy mam żałować, że go nie oglądałem on-line?

mar 18

Okazuje się, że nawet najszacowniejsze banki mogą mieć kłopoty z systemami komputerowymi. Ostatnio chciałem sprawdzić, ile i do kiedy mam zapłacić za miesiąc używania mojej karty American Express, a tu widzę:

W pierwszej chwili przeraziłem się, że padłem ofiarą jakiegoś phishingu. Już nawet chciałem dzwonić i blokować kartę. Na szczęście po pół godzinie wszystko wróciło do normy. A może tak tylko wydaje mi się?!

mar 17

Odwiedziłem niedawno syna w Los Angeles. Niedaleko jego domu zobaczyłem na słupie reklamę usług komputerowych dla pecetowców:

Jako, że LA nie jest miastem, w którym język angielski byłby językiem domowym większości mieszkańców, z drugiej strony słupa była ta sama reklama po hiszpańsku, choć w innym układzie typograficznym:

Zastanawia mnie, ilu ludzi musi mieć zainfekowane komputery, skoro opłaca się oferować usługę dezynfekcji? Na słupie…

mar 16

Przeczytawszy wywiad z Krystyną Jandą, postanowiłem zrobić komentarz na jej stronie. Jestem bowiem o dwa miesiące starszy i dobre pamiętam, że Grudzień wydarzył się gdy byłem w 4-ej klasie licealnej. Oczywiście, Janda mogła była pójść o rok wcześniej do szkoły średniej, gdyż należeliśmy oboje do nietypowego rocznika, który po raz pierwszy miał 8 lat podstawówki. Chętnym pozwalano po siódmej klasie zdecydować się na technikum lub zawodówkę. Janda uczęszczała jednak do liceum plastycznego, zaś czteroletnią PWST ukończyła w roku 1975 i o ile wiem żadnej klasy nie przeskoczyła ani roku nie powtarzała.

W każdym razie postanowiłem zrobić komentarz. Strona gwiazdy wymaga rejestracji oraz stosuje tzw. captchę:

Czy ktoś potrafi odczytać, co tu napisano???

Niestety, kolejne próby ujawniały podobnie czytelne obrazki, aż wreszcie mnie odłączono. A może to tylko ja mam źle ustawiony monitor? Komentarza nie zrobiłem, za to sprawdziłem, że nie wiadomo dlaczego Janda podaje w swoim CV artystycznym, iż jej debiut filmowy w “Człowieku z marmuru” miał miejsce w roku 1970. Jakaś obsesja tego roku, czy co?!

mar 15

Kilka lat temu przeczytałem wywiad z pewną aktorką, która z żarem w ustach potwierdziła dziennikarzowi, że aktor powinien “bronić etosu tego zawodu“*. Wydało mi się to ciekawe, gdyż przedstawiciel każdego zawodu powinien bronić etosu zawodowego. To znaczy dbać o to, aby uprawiający ten zawód (to ulubione powiedzenie aktorów, “ten zawód” zawsze określa u nich aktorstwo) byli odpowiednio opłacani za odpowiednią pracę. W przypadku aktorów po prostu oznacza to, że artysta dostarcza publiczności wrażeń, za które publika jest gotowa zapłacić. Chyba, że jest amatorem, bo wtedy może robić co chce i żadne ograniczenia etosu jego/jej nie obowiązują.

Przypomniałem powyższą wypowiedź, gdyż nasunęła mi się ona w trakcie publicznej dyskusji o tym, co rząd powinien zrobić w sprawie regulowania wolności internetu. Otóż wiele tzw. autorytetów moralnych w dziedzinie informatyki publicznie oświadczało, że musi bronić tej wolności. Milcząco zakłada się, że internet ma być wolny pomimo wszystko. Taki widać ma etos. Zabierający głos zapominają, że internet, także w Polsce, powstał w wyniku zainwestowania olbrzymich pieniędzy rządowych. Czyli tak naprawdę naszych. Nikt nie zapytał jednak mas, czego naprawdę potrzebują one w internecie. Początkowo połączenia internetowe były wykorzystywane prawie wyłącznie przez uczonych oraz wojskowych. De facto założono, że uczony z przesyłania pakietów zrobi etyczny uczynek. W domyśle zakładając, że wojsko sieć zbruka. Wprawdzie nie wiadomo było jak, ale zastosowania militarne są, co potwierdzi każde dziecko, wyjątkowo wredne. Tymczasem praktyka pokazała, że wojsko owszem śledzi przeciwnika, ale także wykorzystuje internet w czasach pokoju bardzo nobliwie. Na przykład w trakcie akcji pomocy humanitarnej. Gorzej jest z cywilami – według różnych statystyk nawet połowa ruchu w internecie może być związana z pornografią, hazardem oraz różnymi innymi działaniami, które etyczne z pewnością nie są. Ale masy uwielbiają oglądać aktorki, które nagą piersią bronią etosu.

Kilka tygodni temu w ogniu publicznej dyskusji Onet przeprowadził ankietę, w której zapytał internautów, jakie kroki powinny podjąć władze, aby skutecznie zwalczyć piractwo. Pomijając absurd pytania potencjalnego przestępcy, w jaki sposób powinno się z nim walczyć, ankieta dostarczyła bardzo ciekawych danych. Może dlatego żaden ze wspomnianych powyżej autorytetów nie odniósł się do niej. A byłoby warto, skoro 1/3 głosujących uważa, że trzeba ustawowo wymóc na wytwórniach zmiany w polityce cenowej. 1/5 uważa, że trzeba wspierać (np. ulgami podatkowymi) małe, niezależne wytwórnie. Zaś 1/7 pragnie, aby zaostrzyć kary dla piratów zarabiających na tym procederze. Odcinanie od internetu, które stało się osią całej dyskusji o wolności w sieci, popiera tylko 1/25 internautów. Gdyby więc rząd rzeczywiście chciał słuchać mas, co jest podstawą demokracji, to przede wszystkim powinien wprowadzić sztywne, regulowane ceny na utwory internetowe. Piosenka – złotówka. Film – 2,39 PLN (bez VAT-u). Książka – jeden grosz albo i co łaska, bo pisze się łatwo a papier jest tani. Ironizuję, ale przez łzy, bo płakać mi się chce widząc demokrację w działaniu. Pocieszam się tym, że etosowe apele odniosą tyle samo skutku co protesty aktorów w czasie stanu wojennego. Reżyser Kazimierz Dejmek miał wtedy odwagę publicznie powiedzieć, że tak jak tyłek (użył bardziej wulgarnego słowa) jest do srania, tak aktor jest do grania. Do czego jest internet?

Jeśli masy internautów uważają, że sieć powinna im służyć, to niestety rząd ma psi obowiązek posłuchać. Demokracja to są rządy większości. Kupą mości panowie i panie! Kupy nikt nie ruszy…

*Nieoceniony Google pokaże jednoznacznie, kto jest tą aktorką.